Umieram.
Umieram i to jest pewne.
Umieram, a moja rodzina nie ma o tym pojęcia.
Został mi tylko rok życia, najbardziej optymistyczna wersja to półtora roku.
Gdy się o tym dowiedziałam, chciałam płakać, krzyczeć, rwać włosy z głowy, a nie zrobiłam nic. Stałam, patrząc się tępo w szarą ścianę. Lekarz coś do mnie mówił, a ja go nie słuchałam. Do świadomości przebiło się tylko jedno pytanie. Do dziś pamiętam słowo w słowo jak ono brzmiało.
- Rozumiem, że podejmujemy natychmiastowe leczenie?
Właściwie stwierdził, jakby było to oczywiste.
A nie było.
- Jaka jest szansa, że wyzdrowieję, jeśli podejmę leczenie?
Zamrugał zdziwiony.
- Trzy do czterech.
- Czyli istnieje ryzyko, całkiem spore. I ile sobie pożyję, jeśli będę tą jedną na cztery?
- Nie wiem, możliwe, że kilka tygodni po podaniu pierwszej dawki, jeśli twoje ciało źle zareaguje.
- A jeśli nie podejmę leczenia? - mówiłam całkiem spokojnie, zważywszy na sytuację.
- Od roku do dwóch lat, ale ostatnie miesiące będziesz spędzać praktycznie cały czas w szpitalu.
- Czyli odpowiedź jest prosta.
- Oczywiście podejmujesz leczenie?
- Wręcz przeciwnie.
- Źle robisz, dziecko. Jeśli będziesz regularnie przyjmować chemię, przeżyjesz wiele lat, może nawet całkowicie się wyleczysz.
- No chyba że będę tą jedną z czterech - prychnęłam - Nie mam zamiaru słabnąć, tracić włosów, ani przeżywać innego gówna. To nie dla mnie. Ja chcę żyć pełnią życia, chociaż tylko rok, a nie żyć, żeby oddychać i cały czas spędzać w szpitalu. Już wolę umrzeć.
- Widzę, że cię nie przekonam - westchnął - masz już dziewiętnaście lat i możesz decydować sama za siebie, choć w tym przypadku lepiej byłoby, gdyby jednak ktoś za ciebie decydował...
- Może pan przejść do rzeczy? - zapytałam zniecierpliwiona.
- Umowa jest taka, że codziennie musisz brać leki, które ci zapiszę, a co tydzień musisz sobie wstrzykiwać ten środek - nabazgrał coś na kartce - później możesz mieć napady, to znaczy silne bule brzucha, czasami drgawki, rzadziej po kilku minutach utrata przytomności. Wtedy musisz natychmiastowo przyjąć dożylnie ten lek.
Gdy skończył mówić, kartka była już cała zabazgrana. Wręczył mi ją, po czym raz po raz upominając, odprowadził mnie do sekretariatu, w którym musiałam podpisać jakiś papiery.
To było miesiąc temu. Od tamtej pory jeszcze nie zadzwoniłam do rodziców, żeby im o tym powiedzieć. Nie starczyło mi odwagi. No bo co miałam powiedzieć? 'Hej, z tej strony wasza córka, tak, ta która uciekła do Londynu. Dzwonie tylko, żeby powiedzieć że umieram. Pogoda jest super. A jak tam u was?' Nie, nie ma mowy. Tamtego dnia, kiedy wróciłam do mieszkania usiadłam przy stole w kuchni z białą kartką i niebieskim długopisem. Na górze strony drukowanymi literami napisałam: 25 rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią.
~*~
- Hej, moglabyś tu przyjechać? Za niecałe dwadzieścia minut mam wywiad, a utknęłam na drugim końcu miasta, bo jakiś kretyn wjechał mi w tył i teraz czekam na pomoc drogową. Na bank się nie wyrobię - powiedziała moja szefowa przez telefon.
Dobrze wiedziała, że mieszkam 10 minut piechotą od biura i to wykorzystywała. Tego dnia miałam wolne, bo był to dzień po drugiej wizycie u lekarza. Nie mając wyboru zgodziłam się. I tak nie mam nic do roboty, więc co mi szkodzi? Spakowałam sobie torbę, po czym poczłapałam do garderoby, żeby wziąć jakieś ciuchy. Szybko się umyłam, ubrałam i założyłam buty. Złapałam wcześniej naszykowaną torbę i wyszłam z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
W biurze jak zwykle panował rozgardiasz. Nie zwracając na to uwagi podeszłam do lady za którą stała uśmiechnięta Rachel. Na mój widok zrobiła wielkie oczy.
- A ty nie miałaś mieć dziś wolnego?
- No miałam, ale szefowa do mnie zadzwoniła i powiedziała że nie dotrze na wywiad, po czym zapytała, a raczej stwierdziła, że to ja go przeprowadzę. Możesz mi powiedzieć kto to jest i w której sali?
- Jasne. Czekaj, szukam...
Po chwili ciszy zadowolona krzyknęła.
- Mam! Sala 103, jakiś Dave.
Podała mi zza lady teczkę, jak się domyślam były tam pytania do tego nieszczęsnego wywiadu.
- Dziękuję Rachel!
Powiedziałam i ruszyłam w stronę wind.
- A i Vess?
- Tak?
- Powodzenia!
Stanęłam na 5 piętrze. Jak ja się cieszę, że w tym budynku są windy. Gdyby nie one, zapewne już dawno zrezygnowałabym z tej pracy. Skierowałam się w stronę drzwi z numerkiem 103. Otworzyłam je, grzebiąc w tekturowej teczce.
- Przepraszam za spóźnienie ale... - podniosłam wzrok i zamarłam.
- Cześć Cal - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
Co on tu robił? No ja się pytam co?
Na czerwonej pufie siedział wysoki brunet. Przydługie włosy, które wpadały mu do tych cholernych brązowych oczu; irytujący uśmieszek i charakterystyczny dołeczek w policzku. Oto David Louis Jankins w całej okazałości. Mój koszmar z dzieciństwa.
- Co ty tu robisz? - zdołałam wykrztusić.
- Och, przyszedłem na rozmowę kwalifikacyjną.
- Dostałam wiadomość, że mam przeprowadzić wywiad z jakimś Dave'em, a nie cholerną rozmowę kwalifikacyjną z tobą - wysyczałam ostro.
- A czemu? Nie lubisz mnie? Co ci takiego zrobiłem? - zapytał niby zwyczajnie, ale ja wiem jaki on jest.
Podstawowa zasada to nie dać się nabrać na te jego sztuczki.
- Nie udawaj że nie wiesz.
Wyciągnęłam telefon, po czym, nie zwracając uwagi na chłopaka, zadzwoniłam do szefowej.
- Halo?
- Czemu przychodzę przeprowadzać wywiad, okazuje się że to rozmowa kwalifikacyjna? - zapytałam trochę ostro.
- Nie denerwuj się, najwyraźnie ta nowa asystentka znowu coś pokręciła. Nie marudź, tylko rób co do ciebie należy - powiedziała po czym bezceremonialnie się rozłączyła.
- Ugh!
- Wygląda na to że będziemy razem spędzać dużo czasu, Caleigh Florence Vessmile - uśmiechnął się bezczelnie.
- Co jesteś tego tak pewny? Może cię nie przyjmą - burknęłam.
- Och, kochanie, ja już tu pracuję. Ta rozmowa to tylko formalność. W dodatku nie zgadniesz na jakim stanowisku.
- Zaskocz mnie.
- Jako twój partner.